stat

Zakończył się Open'er. Co zapamiętamy?

Tegoroczny Open'er ani specjalnie nie zaskoczył, ani nie zachwycił, ale też nie dał powodów do narzekań. Spełnił za to na pewno kilka muzycznych marzeń. Impreza trwała od środy do soboty na lotnisku w Kosakowie. Przeczytaj podsumowanie naszych dziennikarzy: Jarosława Kowala i Łukasza Stafieja.



Zobacz także: galeria Open'er w deszczu

Łukasz Stafiej
 
Na tegorocznym Open'erze było nudno. Przynajmniej jeśli chodzi o nieplanowane zdarzenia, które dałyby uczestnikom w kość. Nie było awarii, wypadków, wpadek, przesadnych korków, niekończących się kolejek ani zamieszania. Jeśli chodzi o organizację, niemalże wszystko chodziło jak w przysłowiowym zegarku, bo Open'er to świetnie naoliwiona festiwalowa maszyna, której każdy podzespół pracuje jak należy. Zresztą na inny scenariusz agencja Alter Art raczej nie mogłaby sobie pozwolić. Szesnaście lat przy organizacji największego płatnego festiwalu muzycznego w Polsce przecież zobowiązuje.
 
Denerwować mogła za to pogoda w drugiej połowie imprezy. Środa i czwartek zapewniły wręcz idealną festiwalową aurę - było ciepło, ale nie upalnie, słońce grzało, a wiatr chłodził. Równowagę w naturze wyrównały warunki pogodowe w piątek i sobotę. Przez dwa ostatnie dni lało, a internetowi hejterzy mieli używanie oglądając zdjęcia przemoczonych i przemarzniętych festiwalowiczów. Bywalec imprezy na lotnisku w Kosakowie wzruszy jednak tylko ramionami: nic nowego, zła pogoda to element zabawy. Według wstępnych statystyk organizatorów, codziennie było około 60 tysięcy widzów. Czyli przyzwoicie, ale bez frekwencyjnego rekordu.
 
Nie pobił go - wbrew przedfestiwalowym spekulacjom - środowy koncert Radiohead. Ten koncert miał być - i z pewnością dla wielu fanów takim właśnie się stał - spełnieniem muzycznych marzeń. Brytyjska legenda alternatywnego rocka w Polsce koncertowała dopiero trzeci raz, organizatorzy Open'era starali się o nią od lat. Thom Yorke z zespołem nie zawiódł - muzycy przygotowali dwugodzinny set będący przeglądem ich twórczości. Zaskoczyli żywiołową, wręcz taneczną atmosferą. Pominęli przeboje, ale w zamian skomponowali bardzo spójne audiowizualne widowisko.

Wielkim świętem gitarowego grania był czwartkowy koncert Foo Fighters oraz piątkowy występ Prophets of Rage. Muzycy obu kapel to żywe legendy związane z takimi zespołami, jak Nirvana, Rage Against the Machine czy Audioslave. Jak przystało na swój status, rozpętali pod scenami rockowe piekło i gdyby nie ograniczony czas dla każdego z nich, publiczność długo by nie dała im zejść na backstage. Dave Grohl - lider Foo Fighters - wygrał również niepisany plebiscyt na najsympatyczniejszego i chyba najbardziej szczerego artystę festiwalu. Zachowywał się niczym stary znajomy, który postanowił zagrać dla swoich kumpli koncert. Z tą różnicą, że zamiast w garażu w swojej dzielnicy, zrobił to przed kilkudziesięciotysięczną publiką.

W tym roku po raz kolejny można się było przekonać, jak ważną dla publiczność letnich festiwali jest muzyka popowa i hip-hopowa. To właśnie młodzi artyści reprezentujący te gatunki gromadzili najmłodszą i najbardziej zaangażowaną publikę. Tłumy przyszły oglądać środowy występ Solange, która przygotowała świetnie wyreżyserowane widowisko z pogranicza performance i koncertu r'n'b. Kanadyjski gwiazdor The Weeknd swój pierwszy w Polsce koncert pewnie zapamięta na długo - dla wielu festiwalowych dzieciaków zobaczenie go na żywo było prawdopodobnie najważniejszym muzycznym wydarzeniem roku.

Los na festiwalowej loterii wygrał raper G-Eazy, którego czwartkowy koncert został przesunięty z popołudnia na godziny nocne - to on zagrał największe afterparty roku w Trójmieście. Jeśli chodzi o polskich wykonawców, pierwsze miejsce należy się Taco Hemingwayowi. Zagrany na zakończenie jego sobotniego występu przebój "Deszcz na betonie" zabrzmiał z pewnością dla kilkunastu tysięcy wpatrzonych w niego fanów niczym nieformalny hymn ostatniego, deszczowego festiwalowego dnia. Wartość tej muzyki to kwestia dyskusyjna, ale w takich momentach liczą się przede wszystkim emocje.

Jeśli o emocjach mowa, nie sposób nie wspomnieć o mistrzach smutku z The XX. Sobotni headliner zapewnił odpowiednią dozę melancholii wymieszaną ze sporą dawką klubowego grania. Na koniec warto wspomnieć o festiwalowym odkryciu - znana polskiej publice głównie z czołówki serialu "Wielkie kłamstewka" muzyka Michaela Kiwanuki, zagrana na żywo, okazała się idealnym soundtrackiem dla leniwego, pierwszego dnia festiwalu. Nikogo nie powinno więc zdziwić, jeśli niebawem usłyszymy o zapowiedzi klubowych koncertów tego pana.

Zobacz także: Nie tylko muzyka. Moda i jedzenie na Open'erze

Taco Hemingway "Deszcz na betonie" podczas Open'era":



Jarosław Kowal

Na scenie Radiohead, Foo Fighters czy Moderat, a tymczasem w Casa Musica albo w Strefie Jelenia tłumy. Nigdy nie przestanie mnie zastanawiać, jak można iść na festiwal muzyczny i siedzieć przy barze, zamiast pod sceną. Dla jasności - doskonale rozumiem, że Open'er to dla wielu wydarzenie nie tyle muzyczne, co towarzyskie i nie mam z tym żadnego problemu, o ile nie pojawiają się zakłócenia w odbiorze koncertu.

Kiedy jednak James Blake odgrywa natchnioną balladę, a ze strefy gastronomicznej dobiega dudnienie basu, trudno nie poczuć irytacji, ale taka jest specyfika gdyńskiego festiwalu - jedni go za to kochają, inni nienawidzą.

W tym roku najwięcej skrajnych emocji wywołały zespoły, które mają największe doświadczenie sceniczne. Z jednej strony Radiohead spełniło marzenia wielu już samą obecnością na Babich Dołach, z drugiej nawet Dave Grohl pozwolił sobie zażartować ze sceny z "sześciogodzinnego setu" Thoma Yorke'a i spółki, na co oczywiście i tak nie można się gniewać, bo niewiele jest równie sympatycznych postaci w świeci rocka, co były perkusista Nirvany. Charyzmatyczny lider doskonale poprowadził występ swojej grupy i z przyjemnością oglądało się rock'n'rollowe rzemiosło na najwyższym poziomie.

Problem jest tu natomiast innego rodzaju i z pełną świadomością narażam się teraz fanom - Foo Fighters ma słaby, powtarzający wciąż te same trzy-cztery pomysły repertuar. Gdyby nie Grohl, byliby po prostu nudni.

Repertuarową potęgą pochwaliło się z kolei Prophets of Rage, czyli zjednoczone siły Rage Against The Machine, Audioslave, Cypress Hill oraz Public Enemy. Wielu nazywa ich cover bandem albo "odgrzewanym kotletem", ale po pierwsze grają własne, a nie cudze kompozycje; po drugie zmiany na stanowisku wokalisty nie są zjawiskiem rzadkim - docenić należy to, że przy okazji zmienili także nazwę (w odróżnieniu od na przykład Sepultury); a po trzecie sięgają nie tylko do przeszłości, lecz również nagrywają nowe utwory.

Ze "starej gwardii" warto jeszcze wspomnieć o jednym z najgłośniejszych występów tegorocznej edycji festiwalu w wykonaniu protoplastów muzyki emo - Jimmy Eat World.

Ostatnie słowo należy jednak do młodszych artystów. Pierwszego dnia bardzo ciekawie (choć pod koniec nieco monotonnie) zaprezentował się Michael Kiwanuka, a Solange niemalże zabrała widzów na plan filmu blaxploitation z końca lat 60. Dzień później Blanck Mass nakarmił fanów (niestety zaledwie garstkę) eksperymentalnej elektroniki rewelacyjnym setem, ale zdecydowanie najlepiej wypadł dzień trzeci, kiedy to Kiasmos i Warpaint zadbali o jedne z najlepszych momentów Open'era 2017.

Moim numerem jeden był natomiast Mac Miller - niezwykle ciekawy raper, który choć warsztat ma dość skromny, to zachwyca pomysłowością i nawiązywaniem zarówno do klasyki gatunku, jak i najnowszych trendów. W porównaniu z tą twórczością, Taco Hemingway wypadł wręcz kompromitująco źle, ale akurat na finiszu konkurencję miał niewielką.

Pożegnanie z festiwalem to przede wszystkim świetna Lorde, która muzykę pop wynosi na poziom wywołujący zachwyt, a nie zażenowanie. Świetnie sprawdził się także garażowy rock Kevina Morby'ego w "kameralnej" przestrzeni Alter Stage.

Zmiana pokoleniowa jest wyraźna. Na Open'erze coraz ważniejszą rolę odgrywają dwudziesto- i trzydziestolatkowie, co jest zjawiskiem jednoznacznie pozytywnym.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (208)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

przejdź do pełnej mapy »